Design

Strata czasu, czy jednak nie do końca?

Nie było mnie tu dość długo, wbrew postanowieniu o systematyczności. Paradoksalnie powodem było inne postanowienie – kolejny post miał dotyczyć zimowego kompletu z dłuuugą historią. Dziś nareszcie mogę uznać ją za zakończoną.

Chodzi w zasadzie o historię pewnego szalika, czapka odegrała w niej rolę co najwyżej epizodyczną. Całość rozpoczęła się najprawdopodobniej zeszłej zimy (nie pamiętam już dokładnie) – zakupiłam wtedy włóczkę od osoby prywatnej na grupie sprzedażowej na Facebook’u. Transakcja była bezproblemowa, a włóczka od razu mnie urzekła – przepiękny odcień, odpowiednia grubość i miękkość, do tego była jedyna w swoim rodzaju, bo domowej produkcji (jak się na koniec okaże, jest to informacja warta zapamiętania).

Na tym etapie powinnam wspomnieć, że jestem wieloletnią dziewiarką – sprawnie operuję szydełkiem, a jeśli chodzi o robienie na drutach – znałam podstawy, ale całość wydawała mi się zbyt skomplikowana, żeby się w to zagłębić. Zmieniło się to, kiedy ze wspomnianej przed chwilą włóczki zamarzył mi się komplet na zimę. Szydełko od zawsze uważałam za odpowiednie raczej do letnich, ażurowych projektów, a szalik wydawał się łatwym i przyjemnym projektem na rozgrzewkę. Umiałam nabierać oczka i przerabiać je na prawo, więc bez większego przygotowania zabrałam się do pracy. Szybko okazało się jednak, że mimo iż zdecydowałam się na same, najprostsze, prawe oczka, nie będzie to takie proste. Efekt nie był zadowalający, więc w kółko robiłam i prułam. Nie było to dla mnie jednak deprymujące – jestem przyzwyczajona do porażek i już dawno nauczyłam się, że „nie od razu Rzym zbudowano”. Próby trwały jednak na tyle długo, że zaczęło się ocieplać, projekt utracił priorytet i podjęłam decyzję o odłożeniu go na kolejny sezon zimowy.

I rzeczywiście leżał aż do jesieni 2018. W międzyczasie nie podjęłam się żadnego innego „drutowego” projektu, więc było to pierwsze spotkanie z tą dziedziną po prawie roku. Grzecznie sprułam to co zostało na drutach i wzięłam się do pracy. Formuła okazała się jednak podobna jak wcześniej – robiłam i prułam. Zauważyłam że głównym problemem było zwężanie się robótki – w miarę jak szalika przybywało na długość, z szerokości w magiczny sposób uciekało kilka centymetrów. W pewnym momencie postanowiłam zgłębić temat w poszukiwaniu przyczyny. Wypróbowałam wszystkie znalezione metody, uzyskane rady i wymyślone przez siebie teorie, wszystko z takim samym bezowocnym skutkiem. Zauważyłam jednak, że same oczka wychodzą mi coraz równiej, że „ładne” odcinki są coraz dłuższe – a mimo tego prędzej czy później splot się „psuł”.

Nie będę Was dłużej katować opisem moich porażek, przejdę do „rozwiązania”, które nastąpiło wczoraj po południu. Sfrustrowana do granic możliwości zrezygnowałam z prucia całości, zaczęłam cofać się do momentu, kiedy splot wyglądał jeszcze wystarczająco dobrze, żeby go kontynuować. W pewnym momencie zauważyłam, że nieustannie wracam do tego samego momentu. Biorąc głęboki wdech przyjrzałam się robótce. Wynik obserwacji – całość psuła się po tym, jak na włóczce pojawiał się supełek (nie ja go zrobiłam, był tam od początku, jako łączenie pasm do nawinięcia w jeden motek). W tym momencie w mojej głowie pojawił się zarys diagnozy, więc kontynuowałam badania. Odszukałam inne motki tej włóczki, które jeszcze mi zalegały i poddałam wszystko dogłębnej analizie. Ostateczna diagnoza była dosyć bolesna: pasma włóczki różniły się grubością między motkami – włóczka „za supełkiem” była cieńsza, splot się rozluźniał, a robótka zwężała… W tej chwili poproszę o chwilę ciszy dla mojej spostrzegawczości i intelektu…

Pierwsze myśli po skończeniu? Dziesiątki godzin zmarnowanych, tyle projektów miałabym skończone, a nawet szyi w dalszym ciągu nie ma czym owinąć… Kiedy jednak przeszła pierwsza złość, zaczęłam myśleć o pozytywach. Przetestowałam chyba wszystkie możliwe metody dziergania (dobra, nie wszystkie, podobno niektórzy potrafią też stopami), umiem bezbłędnie utrzymywać naprężenie, oczka układają się zadowalająco równo – w skrócie, jestem gotowa na podjęcie kolejnego projektu. Bo cała sytuacja nie zadziałała na mnie dołująco, wręcz mam ochotę jak najszybciej znów złapać za druty. Może to z radości, że nie spełniła się moja obawa, że „d*pa ze mnie, nie dziewiarka” (tak, parę razy zdarzyło mi się wyartykułować to w napadzie histerii).

Po tym przydługim wstępie postaram się już streszczać w opisie ostatecznej formy kompletu. Czapka powstała już jakiś czas temu, szybko i bezboleśnie – bo na szydełku. Miała trochę imitować robótkę na drutach, więc jest na bazie szydełkowego ściągacza i wykończona pomponem. Na szyi, jak pewnie zdążyliście zauważyć, nie zagościł szalik, tylko komin. Przyczyna jest prosta – w całym tym wczorajszym rozgoryczeniu chwyciłam za niezawodne szydełko i „tak wyszło” – z głowy, na bieżąco, przy wieczornej herbatce. Swoją drogą jak skończyłam to doszłam do wniosku, że w sumie to nie przepadam za szalikami, wygodniej nosi mi się własnie kominy.

Dla tych, którzy dotrwali do tego momentu, krótkie podsumowanie: warto próbować, warto wierzyć w swoje umiejętności, warto je doskonalić – jedyne, czego nie warto, to się poddawać. Dla mnie całość jest naprawdę solidną nauczką, ale również kopniakiem do działania. Stąd tytuł posta – mimo, że spędziłam nad tym legendarnym już chyba szalikiem grube dziesiątki godzin, uważam, że nareszcie mogę powiedzieć, że UMIEM ROBIĆ NA DRUTACH, bo mimo że ćwiczyłam ciągle tylko najprostszy ścieg, mam genialne podstawy do nauki bardziej skomplikowanych technik. Dlatego niewykluczone, że niedługo znowu temat dziewiarski się tu pojawi, jednak uspokajam fanów tematyki szyciowej – materiały przestały mieścić się w komodzie, nie ma miejsca na kolejną, a nie można materiałom pozwolić się kurzyć, także do zobaczenia niebawem 😉

One Comment

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *