Design

O uporze słów kilka

Jeśli w poprzednim poście nie wybrzmiało to, że zwykle nie poddaję się łatwo, to myślę, że dzisiaj mam okazję to zmienić. Ale od początku.
Ponad 2 tygodnie temu postanowiłam spróbować swoich sił w konkursie redakcji „Burdy”. Polegał na stworzeniu stylizacji na podstawie jednego z wykrojów z magazynu „Kocham szycie 3/2018” oznaczonego hasłem „Claudia rekomenduje”. Z zaplanowaniem projektu nie miałam problemu, bo od razu przypadła mi do gustu zamieszczona tam bluzka ze stójką nr 103. Forma sama w sobie posłużyła za inspirację – zwiewny, dziewczęcy, ale prosty krój aż prosił się o delikatny, drobny wzór. Idealna okazała się wiskoza w kwiatki ze sklepu miekkie.com (uwielbiam ich materiały nie tylko za unikalne wzory, ale i świetną jakość). Do wykończenia stójki i rękawów wybrałam koronkową gumkę z domowych zapasów. Całość zgrała mi się doskonale i proces szycia bluzki odbył się praktycznie bezproblemowo. Kłopoty pojawiły się dopiero przy spódnicy…

Lubię fasony podkreślające sylwetkę, więc przy luźnej bluzce standardowo zdecydowałam się na dopasowany dół. Postanowiłam skorzystać z wykroju na sukienkę nr 110 z magazynu „Burda 8/2017”. 1,5 roku temu szyłam ten model w oryginalnej formie i już wtedy wiedziałam, że prędzej czy później wykorzystam ten wykrój do uszycia samej spódnicy. Tym razem wiedziałam już, że ten fason nie lubi zbyt grubych materiałów (przy wspomnianej sukience miałam z tym problem), więc wybrałam cienki fuksjowy jersey również od zespołu miekkie.com. Teraz mam również większe doświadczenie w zszywaniu zmarszczonych elementów niż 1,5 roku temu, więc miałam nadzieję, że obędzie się bez poprawek. Niestety lekko się pomyliłam.

W tym momencie powinnam chyba wspomnieć, jaki mam stosunek do „Burdy”. Od kilku lat kupuję wszystkie numery tego magazynu, z niecierpliwością czekam na kolejne wydania. Większość uszytych przez mnie ubrań powstało z wykrojów z Burdy, ale nigdy jeszcze nie udało mi się uszyć niczego zdatnego do noszenia bez modyfikacji oryginalnego wykroju. Problem w tym, że wszystko okazuje się po prostu za duże. Według standardowych sklepowych rozmiarów noszę rozmiar 34, w zależności od sklepu czasem zmieszczę się również w 32. Niestety nijak się to ma do rozmiarów w Burdzie. Nauczona doświadczeniem z tymi wykrojami zawsze zmniejszam je już na etapie kopiowania (o 1-2 rozmiary od najmniejszego dostępnego).

Tak też zrobiłam tym razem – wykrój na bluzkę i na spódnicę zmniejszyłam o 2 rozmiary. Bluzka ostatecznie okazała się dobra, pewnie nie bez znaczenia pozostaje tu luźny krój. Ze spódnicą nie było tak kolorowo. Po pierwszym odszyciu uznałam, że leży przyzwoicie (może ze względu na nadchodzący deadline konkursu). Natura perfekcjonistki kazała mi jednak dokonać kilku poprawek, więc całość rozprułam i uszyłam od zera. Jak wielki był mój zawód, kiedy przymierzyłam i wyglądałam w niej po prostu fatalnie – była wyraźnie za duża. Oczy zaszły mi łzami, bo bardzo przyłożyłam się do drugiego odszycia, aby wszystko wyglądało jak należy. Mimo ogromnej chęci porzucenia projektu ostatecznie postanowiłam podjąć jeszcze jedną próbę. Tym razem elementy pomniejszyłam i lekko zmodyfikowałam. Efekt końcowy? Oceńcie sami. Dla mnie nareszcie jest zadowalający. Mimo ogromu włożonej pracy nie żałuję poświęconego czasu. Każde takie doświadczenie traktuję jako nauczkę na przyszłość – w końcu nie od razu Rzym zbudowano.

Cała historia zadziałała na mnie raczej motywująco – nie zwalniam obrotów, widzimy się niebawem.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *